25 Cristiano Ronaldo (Portugal) 19 João Moutinho (Portugal) 19 Pepe (Portugal) Most EURO final tournaments scored in Ronaldo managed two goals at EURO 2004, one in 2008, three in both 2012 and
Cristiano Ronaldo - Granice Ludzkich Możliwości (PL LEKTOR) Odblokuj dostęp do 14369 filmów i seriali premium od oficjalnych dystrybutorów! Oglądaj legalnie i w najlepszej jakości. Cristiano Ronaldo - Granice Ludzkich Możliwości (PL LEKTOR)
Cristiano Ronaldo with manager Erik ten Hag after being substituted against Newcastle. Photograph: David Klein/Reuters. Elsewhere Ronaldo moans about the state of the gym.
PERPETUM MOBILE, RONALDO RUŠI GRANICE: Na putu do beskonačnosti stoji mu samo PERPETUM MOBILE, RONALDO RUŠI GRANICE: Na putu do beskonačnosti stoji mu samo legendarni brk! Objavio Edwin Nicky Džemidžić -
Ver Película Gratis Completa Del Granice ludzkich możliwości 1984. Título original: Granice ludzkich możliwości Estreno: 1984-01-01 Duración: * minutos Votar: 0 por 0 usuarios
Cristiano Ronaldo dos Santos Aveiro was born on 5 February 1985 in Madeira, a group of Portuguese islands. His first ever football team was local club Andorinha, where Ronaldo was nicknamed Abelinha (“Little Bee”) due to his small size and fast speed. 🐝. At the age of 12, Ronaldo left his home island to travel to the mainland – he had
. Cały projekt dostał nazwę INEOS 1:59. Wyzwanie zostanie podjęte na przełomie września i października, a najprawdopodobniejszym miejscem jest Londyn. – Uzyskanie najlepszego czasu w historii maratonu 2: to najwspanialszy moment mojej kariery. Otrzymanie kolejnej szansy złamania magicznej granicy dwóch godzin jest dla mnie niezwykle ekscytujące. Zawsze powtarzam, że granice ludzkich możliwości nie istnieją i uważam, że będę w stanie tego dokonać – mówi Kipchoge. Ogłoszenie tej decyzji nie jest przypadkowe. Dokładnie 65 lat temu – 6 maja 1954 roku – sir Roger Bannister został pierwszym zawodnikiem, któremu udało się złamać granicę 4 minut w biegu na 1 milę. Wtedy też ta bariera wydawała się nie do pokonania dla ludzkich możliwości. Kiedy Anglik tego dokonał na bieżni w Oxfordzie, szybko po nim udało się to także kilku innym zawodnikom. Podczas pierwszej próby złamania dwóch godzin w maratonie, w maju 2017 roku na włoskim torze wyścigowym Monza, Kipchoge zabrakło niewiele, uzyskał rezultat 2: Wtedy, ze względów regulaminowych, ten wynik i tak nie mógłby być uznany. W kolejnym roku o ponad minutę poprawił oficjalny rekord świata, uzyskując we wrześniu w Berlinie wynik 2: Eliud Kipchoge ujawnił INEOS 1:59, w rocznicę fenomenalnego biegu na Oxfordzie Rogera Bannistera – Zebrałem wiele doświadczeń podczas mojej pierwszej próby i jestem pewny, że mogę z tego wyniku urwać 26 sekund. Z dumą przyjąłem wyzwanie przedstawione przez INEOS. W niecierpliwością czekam na miesiące solidnych przygotowań, by potem wrócić i pokazać światu, że jeśli tylko potrafisz skupić się na swoim celu, ciężko pracować i wierzyć w siebie, to wszystko jest w życiu możliwe – mówi mistrz olimpijski i najlepszy maratończyk w historii. Kipchoge tradycyjnie wspierał będzie jego trener Patrick Sang oraz wierny sztab, który zadba o ty by nic nie było pozostawione przypadkowi. – W całej swojej bogatej maratońskiej karierze, Eliud z tym wydarzeniem wskoczył do innej, nowej stratosfery. Jestem pewny, że przy odpowiednim przygotowaniu będzie on w stanie tego dokonać – mówi słynny szkoleniowiec. Za przedsięwzięciem stoi firma INEOS – potentat w branży chemicznej. – Kipchoge jest największym w historii biegaczem maratońskim i jedynym zawodnikiem na świecie, który ma jakiekolwiek szanse, by złamać dwie godziny w maratonie. Damy każde możliwe wsparcie i wierzę, że będziemy świadkami historycznych wydarzeń – mówi założyciel i prezes INEOS Jim Ratcliffe. Niebawem zapadnie też ostateczna decyzja co do lokalizacji. Wiadomo, tak jak w przypadku pierwszej próby, że będzie to niewielka pętla wytyczona na płaskim terenie, bez ostrych zakrętów.
Zapraszam do obejrzenia, to trzeba koniecznie zobaczyć! Bardzo proszę o komentarze!!!
Stało się. Eliud Kipchoge potrzebował mniej niż dwóch godzin, by przebiec dystans 42,195 km. I ustanowił rekord świata osobliwy – nie zostanie on uznany, a zarazem przyćmi chyba wszystkie tegoroczne wyczyny sportowe. Nie wiadomo właściwie, dlaczego ludzkość obsesyjnie marzyła o pokonaniu maratonu akurat w czasie poniżej dwóch godzin. To 120 minut lub 7200 sekund – liczby okrągłe, ale wraz z poprawianiem kolejnych rekordów długodystansowcy mijali inne równie okrągłe, np. 7500, 7400 czy 7300, a one niczyjej wyobraźni nie porywały. Nikt nie nazywał ich również „psychologiczną” ani „magiczną barierą do pokonania”. Jeśli się zastanowić nad merytoryczną zawartością tego określenia, może zabrzmieć ono trochę absurdalnie. Dlaczego niby zejście poniżej granicy dwóch godzin miałoby dla sportowca stanowić wyzwanie mentalnie poważniejsze niż zejście poniżej, powiedzmy, dwóch godzin i 18 sekund? Dlaczego na wykresach giełdowych czy tabelach z kursami walut także widzimy jakieś wyimaginowane „psychologiczne bariery”, zawsze związane z okrągłymi liczbami? A jednak w sporcie one rzeczywiście istnieją. Przed dekadami biegacze tęsknili za sforsowaniem innej abstrakcyjnej granicy – przebiegnięcia mili w czasie poniżej czterech minut, czyli 240 sekund. Uchodziła za nieosiągalną, więc przekroczenie jej przez Rogera Bannistera magazyn „Sports Illustrated” obwołał „największym wyczynem XX wieku”. Gdy jednak Brytyjczykowi się udało, w następnych trzech latach barierę złamało… 17 innych długodystansowców. Nie nastąpił wtedy żaden skok w metodach treningowych, nie zmieniły się bieżnie ani sprzęt, ludzkie geny również nie zdążyłyby wyewoluować w kierunku gepardzich. Inni atleci usłyszeli po prostu komunikat „ty też możesz to zrobić”, wyczyn stulecia szybko zmalał do oczywistego celu dla każdego w czołówce. Można przypuszczać, że istotnie pękła bariera psychologiczna. Daniel Coyle, cytowany już przeze mnie autor „Kodu talentu”, przywołuje więcej dowodów, że jeśli przełomu dokona pojedynczy sportowiec, to potrafi natchnąć wielu mu podobnych. Opowiada o golfistkach z Korei Południowej, które przypuściły zmasowany atak na czołówkę w 1998 r., po bezprecedensowym dla zawodniczek z tego kraju sukcesie odniesionym przez niejaką Se Ri Pak, czy Annie Kurnikowej, która natchnęła tabuny rodaczek, gdy jako niepełnoletnia tenisistka wtargnęła do półfinału Wimbledonu. „Talent rozprzestrzenia się jak mlecze po podmiejskich ogródkach. Jeden podmuch przynosi wiele kwiatów”. Czy zatem powinniśmy zakładać, że wkrótce zaczniemy oklaskiwać całe stada następców Kipchoge, który zresztą wspominał, że w swoim pościgu za niemożliwym inspirował się Bannisterem? Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ oba biegowe rekordy oddziela wieczność. Gdy swój ustanawiał w 1954 roku Brytyjczyk, jako młody lekarz rano miał jeszcze dyżur w szpitalu i dopiero w południe wsiadł w pociąg do Oxfordu, by stanąć na starcie. Zwykły chudzielec sporo ćwiczył, więc był szybki. Tymczasem Kenijczyka poniosły dzisiaj potęga współczesnej technologii, nauki, wątpliwych praktyk Nike oraz majątek kontrowersyjnego, delikatnie mówiąc, multimiliardera Jima Ratcliffe’a. Długo by opisywać, ile mózgów oraz mięśni pracowało na wyczyn Kipchoge. Buty z oddającą energię wkładką z włókna węglowego; aerodynamiczne tunele osłaniające od wiatru; zmieniający się jak w sztafecie inni wybitni długodystansowcy zredukowani do rólek „zająców”, którzy przyspieszają bieg (nie podoba mi się, że do polszczyzny przeniknął „pacemaker”, nasze słowo ładniejsze); podawane przez rowerzystów napoje, w tym ponoć najwydajniejszy wyprodukowany izotonik; wyświetlana na ziemi kreska pozwalająca Kenijczykowi kontrolować tempo; towarzysząca mu na zawodach pierwszy raz w życiu żona i dzieci. Tym razem w głowach atletów niekoniecznie natychmiast zaświtało „ja też mogę to zrobić”. Wykorzystano całą dostępną wiedzę, zainwestowano ocean pieniędzy, spektakl spowiły też wątki związane z zakazanym wspomaganiem – o wielu przeczytacie w świetnym tekście Łukasza Jachimiaka i zatrzęsieniu innych materiałów we wszystkich językach globu, bo widowisko podekscytowało całą ludzkość. Sam Kipchoge porównał swoje kroki do tych, które po wylądowaniu na Księżycu wykonał astronauta Neil Armstrong. Władze lekkoatletyczne uważają inaczej, rekordu nie uznają. Opisane wyżej okoliczności łamią bowiem regulamin w wielu punktach, poza tym Kenijczyk nie brał udziału w normalnej rywalizacji. Wielu ekspertów, również aktywnych znakomitych lekkoatletów, wyczuwa w wiedeńskiej imprezie fetor przekrętu, zorganizowanej dla marketingowych potrzeb cyrkowej sztuczki mającej niewiele wspólnego z prawdziwym sportem. Sam chętnie napisałbym, że Kipchoge wygrał na dopingu, ale czuję, że mimo wszystko obraziłbym fenomenalnego atletę, który zasługuje na szacunek i podziw. Nikt tutaj nikogo nie oszukiwał, całą (miejmy nadzieję) operację przeprowadzono jawnie, zresztą hegemonii bohatera nad resztą biegowej stawki nie sposób zakwestionować – posiada również oficjalny rekord, wygrał 12 z 13 przebiegniętych w karierze maratonów, raz dotarł do mety jako wicelider. Reprezentuje szczytowy sportowy kunszt. Można co najwyżej żałować ewentualnych następców, którzy psychologiczną barierę przełamią – o ile ktokolwiek przed nim tego dokona, być może tylko hipotetyzujemy – w normalnej rywalizacji. Kipchoge w pewnym sensie odebrał im przejście do legendy. W harmidrze składanych obecnie mistrzowi hołdów niewielu bowiem usłyszy lub uzna za zasadniczo ważne, że padł rekord jedynie nieoficjalny. Gdy pojawią się odpowiednio zdeterminowani sponsorzy z budżetem bez dna, jak szefowie Nike czy Ratcliffe, mają pełną wolność zignorowania obowiązujących reguł gry. Wymyślą sobie własne. Zmierzają w końcu ku celowi donioślejszemu niż sport, pragną przekraczać granice ludzkich możliwości. I widownia to kupi. Przecież Kipchoge nie poleciał na lekkoatletyczne mistrzostwa świata, wolał igrzyska pod flagą Nike. Dlatego zastanawiałbym – z niejakim niepokojem – czy alternatywnych sportowych aren nie przybędzie. Czy nie czeka nas nawet widok sprintera, który namówiony przez obrzydliwie bogatych mecenasów otwarcie się szprycuje, by unieważnić inną „psychologiczną barierę”. I wcale nie oczekuje, że ktoś jego wyczyn opublikuje w oficjalnych tabelach. Można rekord uznać albo nie, i tak nikt mu nie odbierze, że był pierwszy.
We wtorkowej prasie kolejny ciekawy tekst o sytuacji w Legii Warszawa, interesująca debata o wysiłku sportowców i sporo ligowych SPORTOWYZdaniem Andrzeja Juskowiaka, gdyby nie Copa America, Messi nie miałby szans na zdobycie Złotej Piłki za 2021 że Złota Piłka należała się Robertowi Lewandowskiemu. Za rekordy, które pobił. Zdobycie 41 bramek w topowej lidze świata, zwłaszcza w tych czasach, gdzie napastnikom wcale nie jest łatwo, to ogromny wyczyn. Być może zostanie rekordem Bundesligi na zawsze. Poza tym Robert jest niesamowicie regularny, od lat utrzymuje się na szczycie, co jest fenomenalne. Oczywiście, Lewandowskiemu brakowało w tym roku triumfu w Lidze Mistrzów albo sukcesu z reprezentacją w mistrzostwach Europy. Jednak Leo Messi wygrał Copa America. Według mnie to jedyny argument, który działa na korzyść Argentyńczyka. Bez tego nie byłoby dyskusji o tym, kto zasłużył na Złotą Piłkę. W przeszłości nie zawsze jednak wygrywał piłkarz, który miał najwięcej trofeów. W plebiscytach często istotna jest popularność i to, w jaki sposób buduje się swoją markę. Jednak Messi i Cristiano Ronaldo mają w futbolu określony status, co zawsze pomaga w tego typu rozstrzygnięciach. Przez lata ta dwójka zgarniała Złote Piłki. Pewnie nie ma na świecie takiego piłkarza, jak Messi, który w taki sposób utrzymuje się przy piłce, drybluje i rozgrywa, jednak odkąd przeniósł się do PSG, nie czaruje. Nie wygląda tak, jak w Barcelonie, gdzie wszystko było mu podporządkowane. Myślę, że Robert jest w stanie grać na najwyższym poziomie przez dobrych kilka lat, więc w przyszłości będzie pewnie miał kolejną szansę na zdobycie Złotej Piłki. On wie, jak dbać o swój organizm i jak utrzymać wysoką formę. Nie mam przekonania, że w przyszłym roku będzie równie wielu kandydatów do wygrania plebiscytu. Za moment skończy się czas Messiego i Ronaldo, co stworzy szansę dla tekst Łukasza Olkowicza o sytuacji w Legii. Ile frakcji ściera się wewnątrz klubu z Łazienkowskiej? O co Artur Boruc miał pretensje do władz klubu? Czy introwertyczność dyrektora sportowego Radosława Kucharskiego pomaga Legii?Negocjacyjne boje toczył Boruc z Radosławem Kucharskim, dyrektorem sportowym Legii, jednym z zaufanych ludzi Dariusza Mioduskiego. Prezes ceni go za fachowość i znajomości oraz za to, że „przez kilka lat udowodnił mu, że potrafi znaleźć zawodników, którzy zrobią różnicę, zarówno młodych, jak i starszych i ma po prostu do nich dobre oko”.Ma też Kucharski zasługi dla klubu, a jego wizytówką znalezienie na Słowacji Ondreja Dudy, na którego sprzedaży do Herthy warszawianie zarobili ponad cztery miliony euro. Kolejnym zawodnikiem, za którego w przyszłości księgowa Legii może serdecznie uśmiechnąć się do Kucharskiego, jest 20-letni Ernest Muci, którego zimą dyrektor sprowadził z FK Tirana. Nie obyło się też bez wtop, choćby ostatniej zimy, gdy oprócz Muciego do Warszawy trafił też Nazarij Rusin. Ukrainiec został zapamiętany nie z występów na boisku, ale wpisów jego brata w mediach społecznościowych, który na pożegnanie półrocznej przygody w Legii politykę klubu nazwał „śmieszną”. Ale umówmy się, że żadnemu dyrektorowi nie uda się przejść suchą stopą przez skautingową selekcję, a pomyłki zdarzyły się, zdarzają i będą zdarzać. Chodzi o to, żeby było ich jak to introwertyk, zagłębiony w analizach i dobrze czujący się w samotności w gabinecie. Ma przy tym feler, który nie podoba się już zarówno piłkarzom, pracownikom Legii, jak i osobom współpracującym z klubem. Po prostu nie ma z nim kontaktu. Nie odbiera telefonów, nie oddzwania, nie odpisuje na maile, z zawodnikami umawia się na spotkanie i przekłada raz, drugi, trzeci. To w pracy dyrektora sportowego razi i zwyczajnie przeszkadza. Na pewno z tych mankamentów zdaje sobie sprawę Mioduski, bo wielokrotnie zwracał mu na to uwagę. Poprawa jest, ale niewielka. To jednak nie dyskwalifikuje Kucharskiego w oczach prezesa. Dla niego liczy się lojalność, pracowitość i – to słowo klucz – uczciwość dyrektora. W wewnętrznym gronie prezes mówi: – A to wcale nie takie oczywiste w przenikającym się środowisku dyrektorów i agentów. Radek nie jest podłączony pod żadną grupę interesów, przekonałem się, że jest uczciwy. I takimi osobami chcę się Hiszpanii, gdy zaczął regularnie grać, spadł do trzeciej ligi. Teraz Jean Jules Mvondo chce przebić się do składu Górnika pochodzi z Jaunde, stolicy swojego kraju. – Mój ojciec był jednym z dyrektorów w firmie, zajmującej się gospodarką wodną. Dzięki jego zarobkom nie byliśmy biedni – wspomina. W piłkę grali też jego bracia, ale nie opuścili Kamerunu. On zrobił to w wieku 12 lat. – Byłem jeszcze dzieckiem i miałem wyjechać do obcego kraju. To było bardzo trudne i pamiętam, że w pierwszych dniach po opuszczeniu domu często płakałem – opowiada. W znanej w Afryce Aspire Academy robił wszystko, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. – Piłka była dla mnie najważniejsza. Moim idolem był Jean Makoun, wielokrotny reprezentant Kamerunu, który występował w silnych klubach we Francji i Anglii. Chciałem osiągnąć tyle, co on, marzyłem o tym – Alasaną Mannehem w Aspire Academy trenowali przez trzy lata. Zostali kolegami. W 2016 roku Gambijczyk przeniósł się do młodzieżowych drużyn Barcelony, a Mvondo, który w akademii najczęściej występował jako środkowy obrońca (dziś jest pomocnikiem) wypatrzył inny hiszpański klub. – Zadzwonił do mnie dyrektor Rayo Vallecano. Byli mną bardzo zainteresowani i dlatego, choć miałem też kilka innych możliwości, zdecydowałem się właśnie na ten zespół – mówi nam Kameruńczyk. W występującym na drugim szczeblu rozgrywek Rayo Mvondo nie przebił się jednak do składu, choć często trenował z pierwszą drużyną. – Najpierw szkoleniowcem był znany z gry w Valencii Ruben Baraja. Zapraszał mnie regularnie na zajęcia, ale nie dostałem szansy debiutu. W lutym 2017 roku zastąpił go Michel, który znał mnie dobrze z drużyny do lat 19, którą wcześniej prowadził. Znów trenowałem z pierwszym zespołem, ale to był moment, kiedy trener wolał stawiać na doświadczonych piłkarzy – tłumaczy 61 lat kończy Gary Lineker, piłkarz, który po skończeniu gry w piłkę radzi sobie nawet młodego pokolenia kibiców jest głównie gościem, który reklamuje chipsy, a nie byłym świetnym piłkarzem. – Okazjonalnie, gdy wydarzy się coś istotnego, czyli któryś z piłkarzy, tak jak swego czasu Wayne Rooney, prześcignie mnie w klasyfikacji strzelców wszech czasów reprezentacji, dziennikarze pytają mnie, czy mi nie przykro, że ktoś pobił mój rekord. Odpowiadam wtedy, że wręcz bardzo się cieszę, bo dzięki temu media przypominają ludziom, że ja też grałem w tę cholerną grę! – opowiadał swego czasu Gary Lineker. Może i legenda angielskiego futbolu nie jest kojarzona przez młodych, ale on ma się bardzo dobrze. Dziś kończy 61 pewno ich nie zmarnował. Nie ma drugiego zawodnika, o którym można powiedzieć, że miał dwie kariery i ta druga, po zakończeniu gry w piłkę, jest nawet większa. Owszem, Lineker strzelił dla Anglii 48 goli, ale nic z nią nie osiągnął. Owszem, zdobył z Barceloną i Tottenhamem puchar krajowy, ma na koncie Puchar Zdobywców Pucharów, ale to tylko epizody. Owszem, był królem strzelców mundialu w 1986 roku, ale wtedy Anglicy odpadli wtedy już w ćwierćfinale z Argentyną po pamiętnym oszustwie (gol strzelony ręką) i magii (rajd przez pół boiska) Diego Maradony. Za to teraz jest prawdziwą gwiazdą telewizji i najlepiej zarabiającym prezenterem stacji BBC (1,35 mln funtów rocznie). Od wielu lat prowadzi w niej kultowy program „Match of The Day”, w którym wraz z zaproszonymi gośćmi w każdy sobotni wieczór podsumowuje wydarzenia z boisk Premier League. Jeszcze do niedawna dorabiał w BT Sport jako gospodarz studia Ligi Mistrzów, ale w maju tego roku, po sześciu latach, postanowił zrezygnować z tego zajęcia, by – jak sam wyjaśnił – polatać z synami na mecze swojego ukochanego Leicester w Lidze Kosowski widziałby znów Kamila Grosickiego w do Grosika – czy należy mu się powołanie? Nie zdziwiłbym się, gdyby Paulo Sousa je do Szczecina wysłał. To piłkarz sprawdzony w kadrze, ma minuty, gole asysty, kibice go uwielbiają. W reprezentacji zawsze dawał z siebie 110%. Jeśli spojrzymy na dorobek innych skrzydłowych to ten nie jest okazały. Tymoteusz Puchacz i Przemysław Płacheta nie grają, a Kamil Jóźwiak asystuje i strzela w klubie od wielkiego dzwonu. Szkopuł w tym, że nasz selekcjoner nie ma czasu na kolejne eksperymenty. W ostatnich miesiącach skład reprezentacji Polski się ugruntował i raczej nie dojdzie do większych zmian przed barażami. Poza tym powołaniem Grosika Sousa przyznałby się do błędu, a jak wiemy, on raczej tego nie – Górnik w Pucharze Polski… Zanosiło się na wielkie emocje, ale meczu nie będzie. Nie wiadomo też, czy zespół z Gliwic zagra w weekend z Radomiakiem. Sprawił to wysyp pozytywnych wyników testów na koronawirusa wśród udało nam się dowiedzieć, wczoraj zakażonych piłkarzy było ok. dziesięciu, ale liczba ta może się jeszcze zwiększyć, gdyż nie wszystkie wyniki testów spłynęły do zainteresowanych. Wiadomość ta zszokowała kibiców jednej i drugiej drużyny, którzy nabywali w ostatnich dniach wejściówki. – To arcyważny mecz. Znamy rangę meczów z Górnikiem, który w ostatnim czasie jest nieźle dysponowany. Przyjedzie tu zespół podbudowany zwycięstwami, ale my za wszelką cenę chcemy nadal grać w pucharze na wiosnę i po prostu pokonać Górnika Zabrze – mówił jeszcze w piątek, po meczu z Niecieczą, kapitan Piasta Jakub Czerwiński. Teraz to już nieaktualne, bo nie wiadomo nawet, czy w weekend gliwiczanie zagrają w Radomiu. Coraz więcej bowiem mówi się, że i ten mecz Piast będzie chciał przełożyć. Nie wiadomo, czy Ekstraklasa zgodzi się na taki wniosek, bo do tej pory było tak, że „pozytywni” piłkarze byli izolowani, a reszta grała. Ale co w przypadku większej liczby zakażeń? Nie wiadomo. Cóż, trzeba poczekać na rozwój sytuacji. I tylko z Radomia dopływają wieści jakoby nie byli tam za przełożeniem o wysiłku sportowców. Inspiracją do spotkania w siedzibie katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego było niedawne wręczenie doktoratów honoris causa tej Alma Mater wybitnemu fizjologowi, profesorowi doktorowi hab. Janowi Chmurze oraz słynnemu trenerowi piłkarskiemu Antoniemu Piechniczkowi. W wykładach, jakie wygłosili przy tej okazji wyróżnieni, padło wiele ważkich słów i tez, które aż prosiły się o rozwinięcie, dopowiedzenie, rzucenie na szersze tło… Okazja ku temu nastąpiła, choć tematów i wątków pojawiło się tyle, że wystarczyłoby na wiele kolejnych wymian zdań. Oprócz wspomnianych Jana Chmury i Antoniego Piechniczka w spotkaniu uczestniczyli: były rektor katowickiej AWF profesor dr hab. Adam Zając, profesor tejże uczelni Władysław Szyngiera oraz dr hab. Paweł Chmura i dr hab. Marek Konefał, profesorowie wrocławskiej Grygierczyk: – Nie sposób nie zacząć od przypomnienia tego fascynującego faktu, że profesor Jan Chmura, w wieku 63 lat, zaczął z powodzeniem biegać maratony. Ma ich na koncie 24, w najróżniejszych warunkach, od przejmującego zimna po nieznośne upały, z wszelkimi wiążącymi się z tym ryzykami. A w wieku 65 lat w Hanowerze pobił rekord życiowy wynikiem 3:25,57 godz. To niesamowity eksperyment, który świadczy o tym…Jan CHMURA: – … że granice ludzkich możliwości są niewyobrażalne, bez względu na wiek i są one nadal nieodkryte. W czasie każdego biegu maratońskiego prowadziłem na własnym organizmie, w wieku seniora, wiele badań fizjologicznych, miedzy innymi: jak reagują serce, mięśnie, mózg, na długotrwały wysiłek w ekstremalnych warunkach klimatycznych, na różnych kontynentach i wyspach największych oceanów. Najważniejsze w tych badaniach było przełamywanie bariery zmęczenia w mózgu. Nikt dotychczas nie przeprowadził takiego eksperymentu. W walce o jak najlepszy wynik, w każdym maratonie, przeżyłem wiele skrajnych kryzysów i dramatycznych chwil. Np. od drastycznego wychłodzenia organizmu na Antarktydzie – gdzie płyn w bidonach zamarzał, do bardzo niebezpiecznego przegrzania organizmu w RPA w Johannesburgu i na równiku na Malediwach – gdzie temperatura wewnętrzna ciała sięgała 42 stopni Celsjusza. Przekroczyłem także punkt krytyczny odwodnienia organizmu w Rio de Janeiro w Brazylii i w Honolulu na Hawajach, pomimo systematycznego nawadniania organizmu. Doświadczyłem także skrajnego wyczerpania glikogenu mięśniowego na Kole Podbiegunowym w Tromso i na Alasce. Wyniki badań wykazały, że co najmniej dwukrotnie przekroczyłem „wentyl bezpieczeństwa” i otarłem się o śmierć. W przełamywaniu bariery zmęczenia w mózgu, w mięśniach oraz każdego kryzysu, pomagały mi siła ducha i – Pokazuje to potencjał tkwiący w organizmie człowieka, niekoniecznie młodego. Tu przechodzimy do pojęcia, które profesor Chmura w trakcie swojego wykładu bardzo mocno eksponował, a mianowicie „próg psychomotoryczny zmęczenia”.JCh: – Najogólniej mówiąc jest to obciążenie wysiłkowe i najwyższy poziom tolerancji zmęczenia, przy którym występuje najlepsza sprawność działania mózgu. Przy tym obciążeniu, mówiąc w przenośni, „mózg się otwiera”, występuje maksymalne pobudzenie układu nerwowego. Otwierają się i działają na najwyższym poziomie ośrodki kory mózgowej, odpowiedzialne za wybór decyzji, szybkość reakcji, postrzegania i przewidywania, za koncentrację uwagi. Właśnie na taką intensywność wysiłku, na taką stymulację, mózg oczekuje na każdym treningu i w każdym meczu. Przekroczenie obciążenia progowego powoduje gwałtowne pogorszenie sprawności działania – Jak przekłada się próg psychomotoryczny zmęczenia na efektywność rozgrywanego meczu?JCh: – Piłkarz grający z intensywnością progową szybciej postrzega daną sytuację, podejmuje optymalne decyzje, szybciej przewiduje ruch przeciwnika i współgracza, osiąga najwyższą sprawność działania i pełny komfort psychomotoryczny, gra koncertowo. Stosowanie obciążeń na progu psychomotorycznym, pozwala na przełamywanie kolejnych barier ludzkich możliwości i wydobywanie ogromnego potencjału z mózgu. A w konsekwencji na przesuwanie bariery zmęczenia w ośrodkowym układzie nerwowym w kierunku coraz większych obciążeń. W praktyce oznacza to, że zwiększa się tolerancja mózgu na narastające zmęczenie w czasie rozgrywanego meczu. To przekłada się na rozwijanie większej skuteczności i dynamiki – Właśnie tego oczekują – Oczywiście. Pomimo niepodważalnego faktu, sztaby szkoleniowe nadal obawiają się stosowania wysokiej intensywności progowej tolerowanej przez mózg, aby nie przeciążać zawodników. To wielki błąd. Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że obciążenie tolerowane przez mózg, a także przez mięśnie, przy równoczesnym zastosowaniu optymalnych przerw wypoczynkowych, nie wywołuje stanów przeciążeniowych. Chcąc wchodzić na wyższy poziom wtajemniczenia sportowego, nie mamy innej drogi jak podnoszenie intensywności wysiłku, ale – z drugiej strony – intensywności, która jest bezpieczna dla zawodnika. Aby ten cel osiągnąć, musimy dzisiaj spełnić dwa warunki – pierwszy: zacząć wyznaczać próg psychomotoryczny zmęczenia – drugi: monitorować obciążenia progowe na EXPRESSTrener Górnika Zabrze, Jan Urban przyzwyczaił do tego, że lubi stawiać na młodych piłkarzy. W meczu z Legią w pierwszym składzie Górnika wybiegł Dariusz Stalmach, który 8 grudnia skończy 16 lat. Młokos zapamięta debiut, bo zabrzanie pokonali mistrza Polski (3:2). W poprzedniej kolejce zagrał kilkanaście minut z Łęczną (2:1).Dla nowego rekordzisty występ w otoczeniu starszych partnerów (od Podolskiego jest młodszy o dwie dekady!) to nie pierwszyzna. Od półtora sezonu grywa w ekipie występującej w Centralnej Lidze Juniorów, a więc w gronie 18-latków. – Być może w pierwszych dniach ktoś krzyknął czasem na niego lekceważąco „młody”, ale wkrótce słyszałem już tylko „Daro”, i to wypowiadane z sympatią – przyznaje Radosław Osadnik, który wespół z Janem Żurkiem, kolejnym admiratorem talentu Stalmacha, prowadzi ekipę Górnika w CLJ. – Widząc jego zaangażowanie w grę, szukanie na boisku nowych rozwiązań, chłopaki w drużynie zaczęli słuchać jego podpowiedzi i patrzeć na niego z uznaniem. Strzela gole, bo uderzenie zza szesnastki też ma niczego sobie – dopowiada Osadnik. Fot. FotoPyK
cristiano ronaldo granice ludzkich możliwości